Archive for the ‘Różne-takie’ Category

Wersja anglojęzyczna – start!

Październik 29, 2012

Od zapowiedzi tłumaczenia strony na język angielski, minęło prawie 5 miesięcy. Czas w Azji płynie nieco inaczej ;), choć nie mogę do końca zdecydować się, czy szybciej czy wolniej. Po prostu inaczej. Odliczając (nie pokrywające się w różnych szkołach, w sumie 3 miesięczne) wakacje, czasu na prace nad nowym projektem było niewiele. Na szczęście część pracy mamy już za sobą, za co dziękuję Ani i Markowi.

W międzyczasie mapka zasięgu zmieniła się nieco, powiększając o kolejnych 20 państw i jeden kontynent!

Niniejszym zapraszam więc na bliźniaczą stronę www.naturasiainenglish.wordpress.com, gdzie starsze wpisy po angielsku pojawiać się będą sukcesywnie a nowe na bieżąco, choć z niewielkim opóźnieniem. Za wszelkie uwagi i wykryte błędy oraz cierpliwość – z góry dziękuję.

Czyta nas (prawie) pół świata!

Czerwiec 6, 2012

Od 25 lutego, czyli daty uruchomienia bloga, stale poszerza się obszar, dokąd on dociera. W tej chwili mamy już pokaźną kolekcję krajów: Polska, Indonezja, USA, Austria, Czechy, Singapur, Niemcy, Wielka Brytania, Włochy, Ukraina, Litwa, Irlandia, Belgia, Holandia, Indie, Słowacja, Rosja, Portugalia, Norwegia, Pakistan, Kanada i … Izrael.

Cieszę się, że Polacy mieszkający lub podróżujący za granicę, odwiedzają NaturAsię i polecają stronę znajomym. To oznacza, że warto kontynuować projekt NaturAsia! Dziękuję za niesamowitą mobilizację.

Od kilku tygodni pracujemy nad tłumaczeniem strony na język angielski, aby nie tylko rodacy mogli korzystać ze zgromadzonych tu informacji. Zmudne tłumaczenie sporego już materiału, prowadzi dzielnie Ania i Marek, którym jestem za to niezmiernie wdzięczna.

Mam nadzieję, że wersja angielska spotka się również z miłym przyjęciem. Co myślicie o tym pomyśle? A może macie jakieś inne pomysły lub uwagi?

Ziarno od plew, czyli blog jako narzędzie z kategorii sitko

Luty 27, 2012

Moja córka czyta, a w zasadzie połyka, książki jednej z najwybitniejszych postaci współczesnej nauki, jakie udało mi się jakiś czas temu odkryć – Stephena Hawkinga. Napisał on razem ze swoją córką Lucy, trzy książki o Wielkim Wybuchu, wszechświecie i kosmicznych skarbach … dla dzieci (m.in.:  Jerzy i tajny klucz do Wszechświata – George’s Secret Key to the Universe).

Jedną z kwestii, którymi Stephen się zajmuje są Czarne Dziury. W giga-mega-uproszczeniu, są to zagłębienia w czasoprzestrzeni, w które wpada wszystko, co się do nich zbliży. No prawie wszystko, dla ścisłości. Kiedy Czarna Dziura zje wszystko, co tylko wejdzie jej w pole widzenia, może zdarzyć się, że masa nieprawdopodobnie ściśnięta w środku, nie wytrzyma naprężenia, czara się przeleje i nastąpi delikatnie mówiąc „zwrot treści pokarmowej”. To również jedna z teorii Wielkiego Wybuchu, ale ani nie o tym ma być ten blog, ani nie jestem w tej sprawie nikim wiecej niż zaciekawionym amatorem.

Co więc wspólnego ma Hawking, Czarne Dziury i blogi?

Otóż zastanawiałam się, jak wygląda przestrzeń w moim mózgu, do którego trafiają wessane z zewnątrz mniej lub bardziej przypadkowe czy przydatne rzeczy. Jak wiele ich się tam zmieści, jak rozeznać się w tym chaosie i czy lub raczej kiedy nastąpi przesyt a informacje zamiast wchodzić, zaczną uciekać …

Może stąd zresztą pomysł na pisanie blogów. Kusząca jest możliwość ubiegnięcia czasu i zapisania tego, co mogłoby zacząć się niezauważalnie, lub gorzej – hurtowo wymykać. Myślę jednak, że spora część blogów powstaje, „bo się ludziom przelewa”, w tym wypadku w umysłach. Od nadmiaru czasu, doświadczeń, emocji, wiedzy. Pomijam te przypadki, kiedy blog ma na celu zapełnić wewnętrzną próżnię i dostarczyć właścicielowi czego tam on potrzebuje. Działa wtedy jak klasyczna czarna dziura. A my mówimy o tych zapełnionych, co to zawartością chcą lub muszą! się podzielić.

Kto z nas nie ma na głowie tyle, że nie wie czasami ile tego właściwie jest i czy w ogóle cokolwiek z dużego stosu ubywa? Zapisanie spraw „do zalatwienia” zdecydowanie ułatwia zadanie. Okazuje się wówczas, że tych pilnych jest mniej niż myśleliśmy i można je szybko rozplanować. Spraw mniej ważnych też jest jakby mniej – część już przeterminowana, choć nadal fruwają w naszej głowie, symulując tłok.

Kto z nas nie miewa czasem takiego natłoku myśli-symulantów w głowie, że trudno się połapać o co właściwie chodzi? Albo spraw, które uporczywie zajmują nasze myśli, choć nie mamy na ich rozwiązanie w danej chwili czasu, siły czy ochoty. Znakomicie również tutaj sprawdza się zapisywanie. Przelanie problemu na kartkę, komputer (równie pomocne bywa przelanie ich na rozsądną przyjaciółkę lub kochany pamiętniczek), pomaga w skonkretyzowaniu problemu i pozbyciu się go na jakiś czas z głowy. Zdaje to rezultat znakomity, kiedy np. nie można zasnąć, czy skupić się na bieżących czynnościach z powodu natrętnego problemu, domagającego się rozwiązania. Problem przelany na kartkę, zaczyna tam żyć własnym życiem, a nasz umysł spokojny, że sprawa nie ulegnie zapomnieniu, może się odprężyć. Byłoby niezwykle miło gdyby po przebudzeniu problem był już rozwiązany i czasem faktycznie tak się dzieje. W większości przypadków zapisywanie pomaga uporać się z chaosem, a do problemu i tak musimy wrócić, tyle, że w odpowiedniejszym czasie i ze spokojniejszym umysłem. Funkcję terapeutyczną spełni np.: napisanie listu do osoby, której chcemy coś trudnego czy drażliwego wyjaśnić. Działa często skuteczniej niż emocjonalna rozmowa, nawet jeśli list nie zostanie nigdy wysłany.

W teorii wiemy więc już trochę na temat przelewania nadmiaru na papier. W praktyce blog ten będzie spełniał poniekąd taką rolę, robiąc miejsce w mojej głowie na przeprowadzenie porządków i stworzenie przestrzeni na kolejne podróże w nieznane zakątki natury i psychiki. Projekt Myślodsiewnia – start!


%d blogerów lubi to: